..coś pięknego w głowie

…bardzo trudno jest z czasem opisac kolor nieba, kolor chmur i to uczucie mokrego piasku pod stopami…tych kilka dni to magia, która sami stworzylismy ale dla mnie tych kilka godzin miało największe znaczenie…jestem sumutna i szcześliwa za razem…i ciesze sie że czasami jestem w czyjejś głowie jako coś pięknego…

..mógłby ktoś czasem

..mógłby ktoś w niedalekiej przyszłości nazwać moją nagośc piękną nagością i mógłby patrzeć na mnie przez godzinę tylko patrząc jak na pomnik..a ja piłabym wino i zapaliła czasami papierosa…

zwyczajny dzień…

…jestem dziś nadzwyczaj zwyczajna..spokojna jakaś ..jak gdybym niechcący znalazła tę równowagę której z uporem maniaka poszukuje a wciąż nie wiem jak i gdzie ją znaleźć…somehow somewhere is that place ..albo coś w tym stylu…blondyn od ciastek usmiechnał sie znowu ale tym razem z prawej..kupil gazete i zaskoczył mnie oglądając mój lewi profil z tym nieśmiałym „dzieńdobry”…czasami mam fantazje że robi coś poza uśmiechaniem sie…zwyczajny dzień – juz mówiłam i ide spać zanim opowiem o pewnym innym marzeniu…

all that jazz

..cudownie jest patrzec na ludzi którzy z pasją i usmiechem wykonują swoją prace a właściwie trudno to nazwać praca- oglądam właśnie moich ulubionych muzuków na jedej scenie , w ekstazie, szczęśliwych a tysiące ludzi właśnie ich słucha i podziwia.. Marcusa Millera..Leszka M i innych przystojniaków z jazzem w duszy…niesamowite z jaka lekkością wykonuje swoje zadanie jesli jest to coś co kochamy….

..miłość bez make-upu

..zupełnie niewymuszenie i zupełnie nawet dla mnie niespodzziewanie najprzyjemniejsze jest spedzanie czasu z moim synem..sama jego obecność, ziewanie, chrapanie, da da jest czymś co czyni mnie szcześliwą posiadaczką tytułu „matka” niezbywalengo jak prawa autorskie tytułu który napawa mnie dumą, męczy i czesto frustruje ale suma sumarum jest kwintesencją mnie w japonkach, t-shercie , bez makijażu bo przecież Mikołaj kocha mame w każdej postaci a najlepiej tej najbardziej pachnącej szamponem i bez pudru…

kulinarnie o miłosci

..rozmawialiśmy dziś o zapachach z dziciństwa, chórem opowiedzieliśmy sobie o rosole w niedziele i zapachu ciasta z owocami we wrześniowe popołudnia…bo wiecie co miłość to ciasto drożdżowe, rośnie tylko w cieple , tylko wyrabiane przez pełne uczucia dłonie..jestem pewna że kocham gotować..

..po premierze

…upiłam sie szlachetnie i klasycznie..kolejna impreza gdzie znane twarze pudruje niska brunetka, gdzie drinki sa za darmo a gra niezwykły muzyk którego ta chołota nie docenia…smutne jet to ze z nim spałam

..o niczym

to rodzaj lekarstwa na nieodpartą cheć nawiązania kontaktu a kimś kto powinien zrobić to pierrwszy wiec pozwole sobie na pieprzenei o niczym by sie skutecznie rozproszyć..poza tym gryzą mnie komay i pije desperados..no i ugryzł..a poza tym myśle że praca nad własnymi obsesjami nie ma sensu jeśli nie jest sie szzcześliwym – wówczas ta praca nie jest potrzebna..moej dzisiejszej polemiki samej ze sobą nie powstydził by sie james joyce..

..lista do tego co spełnia

…jutro mnie czeka nalot – zjazd rodzinny..ojca nie chce oglądać ale chyba tez sie na te wycieczke załapał…zupełnie co innego jest w  mojej głowie, walka z otyłością, tęsknota za seksem, mój syn sie buntuje i wszystko gryzie albo piszczy…musze sie pogodzić z urzedem skarbowym, zrobić paszport, wyprać dywan, skrócić dres, kupić komputer, posprzątać balkon, naprawić wózek, pogdac z sz..em, wydepilować co nieco, powiekszyć usta..i sie wyspać..a tak naj to chyba z tym przytulaniem mi chodzi po głowie…