smakołyki dla dwojga

..znalazłam w sobie zwierze…zmieniam
się…zmieniają się słowa i gesty…walczę o każdy kawałek
mojej podłogi..o każdy kawałek mojego nieba..nawet jeśli z
chmurami wydrapię go i będę bronić jak lwica…budzi się we mnie
siła, której nigdy nie miałam..zaskakuję siebie brakiem
strachu..chociaż powinnam być przerażona..dziś jadłam truskawki
z cukrem….podzieliłam się z maleństwem..

to jest koniec…

…niczego nie chce prócz końca..prócz snu tak głebokiego że świadomość zawaędruje tak wysoko by nigdy na ziemie nie wrócić…jest nas teraz dwoje..może dwie…ze zdwojoną siłą pragnę…prawdziwości..rąk owijających się wokół mnie bez przerwy…..to już nie jest smutek…pustka….  

..to tyle do jutra…


…gdy miałam pięć lat z kluczem w dłoni mówiłam do niego jak do przyjaciela, miałam pewna świadomość jego obecności obok mnie.… po latach wstydu i złych decyzji tęsknie za słońcem przenikającym płot i gałęzie jabłoni, tęsknie za lekko chłodna trawa pod małymi stopami uciekającymi irracjonalnie od mamy, tęsknie za strychem z pożółkłym pyłem w powietrzu i nikomu nie potrzebnymi pamiątkami, za książkami po rosyjsku, za butami mamy , lakierowanymi w trzech kolorach z białymi masywnymi obcasami, tęsknie za odosobnieniem, które przenosiło mnie w świat dla mnie bardziej realny niż ten który pozbawił mnie wszystkiego co kochałam….

krótko o tym że jestem

….puste myśli i puste słowa i
odgarniam kurz ze starego życia od którego uciekałam….nie lubie
o tym mówić …lubię alternatywne poruszenie…lubię fasolkę z
pomidorami i długo spać…i nie lubię się bać, bać się tak
bardzo jak teraz się boję….