…krótki kurs managerski


….uwolniłam właśnie spętane od rana włosy…położyłam je swobodnie na ramionach….lekko unosząc głowę pozwoliłam im słynąć w powolnym geście…keine Blumen im Fenster….snuje się melodia po pomroku sypialni z uporem wciskając się w zakamarki….chciałam mówić dziś o zaciśniętym żalu w młodym gardle…o tym że potrzebowałam go dzisiaj…żeby się wypłakać….żeby w kilku dosadnych epitetach pozbyć się żalu….bo jak można karać siłę za to że jest…krytykować twórczość za to ze się objawia…jak można….jak można bezkarnie upokarzać….i czasem mi żal że musze ugryźć się w język ..że nie mogę wykorzystać pięknego daru sarkazmu i wyrafinowanej podłości by skopać oberkierownikowi jego wątpliwie atrakcyjny tyłek….tak-tyłek bo na dupę tak jak na jaja trzeba sobie zasłużyć…..
….nie było go dziś bym mogła się poskarzyć…zakląć…uśmiechnąć sie na koniec….

….czasem jest tylko piwo z puszki i czekanie na coś lepszego…czasem jest tylko kilka ołówków i pędzli rozsypanych po podłodze…czasem jest tylko kawałek pysznego mięska   a na deser ptasie mleczko…czasami jest tylko myśl o dotyku ukochanego oddechu na szyi…o spojrzeniu …o nagości….o placach rysujących moje kształty z największą precyzją……myśl o słowach które jak dotyk rozpalają skórę….mój anioł wrócił nie sam i już nie śpi…..

…dwie wieże

….widok niezwykły…para wież katedey i jakby płonący księzyc….tym razem sama a w domu cisza i nierozwieszone pranie…cały dzień w przytulnej bawełnie snuje sie prawie nie myśląc…jeszcze dwa filmy i zielony groszek z puszki….przed snem kilka stron z ulicy marzycieli….wierze że on gdzieś tam jest …może nawet w tym samym czasie miał ochote na kawe …może w tym samym czasie pomyślał o nas…o powolnym wzajemnym budzeniu sie do życia….jest mi dziś smutno….bezmyślnie smutno…..

…bez pośpiechu….

…dziś pierwszy raz szukałam ciebie we własnym odbiciu..pierwszy raz szukałam cie we własnym spojrzeniu…i po raz pierwszy znalazłam….odkryłam wyspę …odkryłam świat…we wlasnych źrenicach zobaczyłam nasz wspólny obłęd…moje włosy pachną deszczem…tak…zmokłam…cudnie oblał mnie deszcz w drodze do domu…do snu o tobie…nie wiem…i boje sie …i czekam jak czekało sie na pociąg i taksówkę…jak czekało sie na maj …i na pierwszy rower….a niezgrabne loki drażnią policzki tak jakby zawsze miało padać…..a ja boje sie twojej nieobecności…boje sie że zapomnę o sześciu sekundach wspólnego milczenia….i pisze o tym od dwóch godzin..patrząc tępo i posłusznie…..i szukam cytatów…i szukam obcych słów bo zawsze wydawały sie piękniejsze od moich własnych…bo umiały opowiedzieć prostą historię….

…te ta te

….powinnam juz spać..powinnam ale z uporem maniaka klikam dzień na wskroś…podpatruje własne słabości…czytam kwiaty na parapecie, które widziały moje upadki…słucham zgaszonej muzyki nie dla moich uszu….zgaduje, budze sie i trwam w przekonaniu o tym że w michałowicach księżyc świeci jaśniej…o tym że nie musze sie bać..
….dziś pragmatyzm i limonka pomieszana w niemym śpiewie..dziś śmiech i nostalgia w kuflu z nóżką odwraca historię…..żyje przez czerwień wschodów i konieczność płacenia za czynsz…żyje myśląc o braku swobody gdy palce rano szukają zbłąkanych guzików….wyrwanych kartek, które zapisałam tylko po to by moja duma nie ucierpiała bardziej niż serce…plecąc głupoty odchodze w sen…w błogość najpieknijszą ze snów…..bez pytania i próśb otulam go będąc tulona…zupełnie bezkarnie…dobranoc

..retrospektywa

…zimno mi a dłonie mam spękane i drżące….wtulona w pasiasta bawełnę mysle tylko o tym jak było mi z tobą ciepło…jak wzrokiem tulisz mnie a palcami ogrzewasz….tylko o tym jak oblałeś mnie szczęściem….przykryłeś oddechem…zmieniłeś w goraca drżenie….

..oczy mądre…glupie…myślące..udające…

….niech mnie opłynie wokoło …jak woda całująca oceanu wielkiego..niech zginie noc..poranek…dotknij mnie ustami serca..zamień w gwiazdę…bo przecież…nie ma cie na wysiągnięcie ręki…nie ma Cie…i ty nie sięgniesz…gdy znowu zniknę…gdy czas nabrzmieje a ja swoim płaczem przykryje twoje słowa…i zblednie my…i zbledne ja…i zblednie mój wróg…posiadanie i cel…kocham Cie mój wrogu….a w twoją miłośc nie wierze…wiosenny kaprsy zdradny…w gardle uwięziony oddech…nie płacze…wole śmiać sie z johnego bravo…zmoknąć….nie wole ale krzyk jest tylko dla mnie…kocham za siebie…za ciebie…za dwoje…musisz pokochać mnie mocniej bym nie mogła sie rzucić w głęboką wodę…. 

….truskawki…renifery….

……lekko śpiąca z reniferami na stopach…w obcym domu i ze łazami z podróży…jestem…jestem ze snu i znowu z czerwonym winem…cisze sie innością świateł…i księżycem który zagląda do zimowego ogrodu…..budze w sobie Ciebie…każdym gestem….oblizując palce…jedząc truskawki…chciałabym utonąć w twoim spojrzeniu……już teraz….

…i

…..cisza…barwa nocy i zmrużone powieki….w przeddzień snu pakuje ciepło…by sie nie zgubić…by spakować jasno zieloną bawełnę…. nie mam dziś siły…boli mnie ….

…parasol koloru parasolowego…

…przed chwilą zimno szczypało moje policzki bez pytania…dziś jednak wybacze każdy gest …na chwilę jestem nieobecna…jego…do cna…do końca dotknięta…smakuje jego bliskość i sen…odnajduje szaleństwo w dojrzałości..dotyk z wyobrażeń…chce pamiętać śmiech…….cień który obraz malował na pustej scianie….zwykły dzień czeka na mnie by sie odnaleźc w setkach nocy i deszczów…bo kto by pomyślał że deszcz można pokochać….

…kolacja warta zaćmienia…

   ….pokój rozjaśnia tylko monitor…przede mna na wyciągnięcie ręki stoi kieliszek chillijskiego wina w kolorze burgundu i zapomniania…lekko cierpkie…owocowe i warte by zanurzyć w nim usta…na kolacje były zielone oliwki i całkiem spory stek…taka uczta drapieżców…..sposób na lutowy wieczór…i jeszcze koc mięki jak obłok łaskocze lekko i karze zmróżyć oczy….i zamykam lekko powieki……na języku prócz wina wciąż jest sól spita z jego skóry przedwczoraj….a oddech zdradza myśli jednym gestem…słyszalne zapomnienie w drugim człowieku…i czuje już czerwień na policzkach….cała wypełniam sie owocowym cudem… ..usta mam dziś nabrzmiałe od wspomnień….powietrze pachnie mieszanką perfum i kolacji…jeszcze muzyka….mój osobisty jazz sączy sie jednostajnie kusząc szaleństwem…bo dziś jstem cala szalona ..cała czerwona..cala a jakbym była tylko połową….