….dziś pelargonie mówiły o deszczu…

….w półśnie chce powiedzieć o jesieni która co rano budzi mnie mgła i bezdechem nad łąkami…o drzewach doskonałych nieskończenie…o świcie nad miastem, który nie rani jak dawniej…a w swej doskonałości obdarowuje mnie pięknem…pięknem które było zawsze a jedynie ja byłam ślepa….pelargonie śmiejące się z wychylając przez żelazne balustrady…mruczące dzień dobry czarno szare koty przy wspólnym śniadaniu na trawie ….miasto moje budzi się we mnie księżycem na tle czerwonych wież…..to nie jest mój powrót bo powroty zabierają w stare miejsca…ja odeszłam….gonią mnie jeszcze stare demony bezskutecznie…przegrywają z lasagne i poranną kawę … z szeroko otwartymi oczami…

…sex i coffee…

…jestem w zimnym winie skąpana i naga, w tokaju i avangardzie…..we własnych snach odnalazłam pigułkę na pragnienie śmierci i łykam codziennie…w pracy.. w rozmowach godzinami przez telefon….w samej sobie z czerwonymi paznokciami…za chwile zanurzę się w wodzie, otworze się na zapach …ubiorę czerń i uśmiechnę się do nocy…jestem skapana w nim….całuję go i pieszczę idąc po schodach i czesząc włosy…kocham się z nim pijąc kawę…..

..prawie jak w moim śnie…

…..mieszkam w kamienicy, w suszarni na piętrze jest piec kaflowy….gdy wstaje panuje pólmrok a nad mistem unosi się blada czewień jeszcze śpiącego słońca….i jest we mnie płomyk maleńki niebieski jeszcze troszke chłodny…czarne obrazy wciśnięte w kąt czekaja na obce smutne ściany…..i jest jeszcze ten szkrab o niebieskich oczach namalowany wieczorami niespodziewanie…kawałki szcześcia onieśmielone i całujące wieczoru w pólśnie….jestem z powrotem….