…bajka o koniu i szczurze cz. I

…lekko się wczoraj upoiłam ….na chwile tracąc kłódkę z ust…przez moment ..przez chwilę zupełnie wprost patrząc w oczy mówiłam…..jestem pewna ..oboje potrzebujemy słów tylko nie mamy odwagi…dwa baranki….jeden koń i jeden szczur…takie tam mentalne zoo…..już się przyznałam i jeszcze czasem pytam siebie czy zrobiłam dobrze….przepuszczona przez maszynkę….pokrojona przez paru „prawdziwych” dmucham na letnie rozmowy o nas…a śni mi się codziennie …codziennie realnie i pięknie…karmie się tymi snami jak najlepszym daniem… smakując mogę przestać …zwłaszcza teraz……dziś

..na oczach szarość..

…..rozebrać się jeszcze przed nim jeszcze bardziej nie pozwolę…zakryje grymas za granatowa chusta…bawełna okryje niedoskonałe ciało …..po stopy po podłogę po której pełzają resztki godności…ciszą odejdę rozebrana ze snu sama…
…..dziś zapukała szyderczym uśmiechem śmierć …przyszła jak obiecywała zabierając Charliemu mamę…boli mnie jego ból…
…boli mnie brak życia w żyjących…zwiędłe liście na młodych gałęziach…i chociaż trzymają się szczęścia za włosy więdną w pustce…a i śnieg spadł im na oczy…

..ironija..

…jest zimno….popękana skóra dłoni i wiecznie powracające uczucie wyczerpania…marzenie o końcu świata….….zamiast tego życie mieszające się na co dzień ze śmiercią lub jego pragnieniem …patrzę sobie prosto w oczy i widzę pozostałości tego czym kiedyś byłam…resztki śmiechu i mesjanizmu…..zapytał mnie dlaczego i co się dzieje…nie chce z nim rozmawiać…nie mam nic do powiedzenia…..a w uszach…na zawsze i na wieczność uczyńmy z życia święto…

..a pójde ..mleka sie napiję..

…nie potrafię ani odtworzyć ani opowiedzieć dzisiejszych złych snów….po prostu wiem że były i już….że nie pozwoliły odpocząć i że były bo spałam dziś znowu sama…zadziwiające jak nocą we śnie czuje się czyjąś obecność lub jej brak…..dwa dni to za mało to jak łyżka wody gdy bardzo chce się pić.….jak wtedy gdy wiesz że to co trzymasz w rękach roztopi się i popłynie między palcami …teraz uczę się właściwej drogi….właściwych słów…rano z głupawym uśmiechem idę po bułeczki i mleko….jak mała biała ja….

…żółteczko..

….pożółkłe kartki listów ..pożółkłe sny sprzed lat….czas na wstążkę różową którą na długo zamknę pożółkłą miłość….czytam wieczorami pożółkłe od czasu litery jakby pierwszy raz choć znane na pamięć…układam kolejno datami…znaczkami….zapachami lata….przyszedł czas na bycie z bieli…na granat atramentu…..
….rozdarta koszula…róż pościeli i zaspane oczy…piersi nabrzmiałe od ust i gorąca…leżąca na brzuchu głowa a ręce zatopione w udach…
…nie mogę się doczekać jutrzejszego zapachu kawy…..odliczam minuty spędzone przy biurku….jeszcze tylko 87..86…i będę mogła czekać i nawet jeśli przez łzy to nikt tego nie zobaczy….

…aaa szare bure

…śnieg za oknem toczy fale aż szarzeją drzewa od ich cienia….odliczając czas marzę o ciepłym kocu…to nic że będę sama …to nic że ta moja miłość jest jak sen…

**własny babel…

…kropelki czasu spadając halsują bardziej niż krzyk…jak nocne kapanie z kranu w łazience…roznosi się echem po pustym od szczęścia mieszkaniu …za oknem szarość miesza się z błękitem przykrywając przymknięte z braku snu powieki…setki słów w bełkocie wielkich interesów i gdzieś pomiędzy tym niebem a oknami ja nachylona nad moją własną wieżą Babel…tęsknie za jego dłońmi i ustami na moim brzuchu..

…mleczna bezsennośc..

…jeszcze dwa kroki do snu….jeszcze kilka tysięcy do szczęścia …do myśli o obiedzie niedzielnym razem….z niecierpliwością liczę dni do wolności …sny znów będą kolorowe a lat skąpane w słońcu nawet gdy deszcz zwilża włosy…biegnę do celu…do ubóstwa z kromką chleba w herbie i biletem do kina wygranym niechcący….do ust pełnych śmiechu i słów cichych spokojnych do niego…do milczenia i spacerów…może nie z nim…może nigdy we dwójkę….może tak ma być…chce odkryć sama …chcę się przekonać tym razem bez pośpiechu….nie tracąc ani kropli spijanej wspólnie obecności…
…budzę się nocą ..snuję po pustym mieszkaniu i myśląc i pijąc zimne mleko…