..stalowa magnolia

…nie umiem żyć i nie potrafię umierać …w agonii wspomnień topię pięści małych rączek…sznur którego nie ma…dziecko które się nie narodziło krzyczy do skaleczonych uszy….tak…..mamona odebrała mi widzenie…oślepiła nienawiścią….zabrała odwagę do skoku bez pamięci…
…umarłam chociaż żyję…bo ciało pełne blizn nikogo nie oszuka …bo gdzie jest marzenie z listu do nikogo….dlaczego bóg nigdy nie wyjawił gdzie kończy się niebo a pozwala cieszyć się mokrym piachem pod stopami…
…leże w czerwonym opakowaniu bez kwiatów bo w ogrodzie wycięto magnolie …biały puch rozszerza źrenice w kolorze nocy bez gwiazd…..
….obnażyłam się po prostu….po co…po słowa….

…psssttt…

….cisza jakby wszystko zostało powiedziane …obłoki bezszelestnie zasłaniają promienie tworząc nieustająca szarość…milknie dzień i milknę ja czekając już tylko na noc …na czas niezmącony ulewą niepotrzebnych słów….boje się oddychać za głośno w mojej kryjówce…
…..siła rodzi się i umiera każdego dnia………
……we śnie na jawie jest stróż mój co napoił mnie …jego obecność karmi mnie ..bez słów i pisadeł żyje we mnie…ciekawe jak szybko przestałby płakać ….

…home..

….gotowa jestem płakać jeśli okaże się że nie ma już kawy … albo stłuc przechodnia za tarasowanie mi drogi…mam w sobie wściekłość…
….już nie wierzę że może się coś zmienić… że przestanę się garbić …że urodzę dzieci…
…drażni mnie zbiorowa histeria świąt….bo kto dziś pamięta ich prawdziwe znaczenie…liczy się tylko prezent.. wielkie żarcie….
….marzy mi się pachnący cynamonem dom….wypełniony muzyką …ciepłem słów …bez fałszywych pojednań na jedną noc…
….marzy mi się mój dom..

..kartki nie dotknięte…

….dziś nie udają mi się słowa…mieszają się i gubią …próbując znaleźć sens tracą resztki prostych stwierdzeń….dziś nie umiem opowiedzieć o światełku w jego piwnych oczach…nie potrafię opisać mego strachu co dreszczem paraliżuje każdy por skóry…ani jesieni w ciemnej zimie…..
…dziś nie opowiem siebie bo nie potrafię …..a może ktoś w milczeniu zrozumie moje zapisane strony….bez pytania….jestem głodna…

montevideo, kalita, bob i kontrabanda

…mój cały świat w rękach niewidzialnego boga kurczy się do rozmiaru orzecha …..
…anioły moje trzepotem skrzydeł budzą co rano bym uwierzyła że to o czym tak marze i myślę nie jest tylko snem….a myślę o nim delikatnie … poznaje powoli…zdumiona coraz bardziej czekam na każdą kolejną rozmowę…..na pytania o sudoku…o najpiękniejszą nazwę miasta…o film którego żadne z nas nie widziało….o dziadku protoplaście providentu….na opowieści rodem z męskich toalet…na historyjki z czasów podróży za jeden uśmiech…..niech płynie powoli nasz czas….
…niech płynie….

zwyczajna ja..a…

…pochłania mnie coraz bardziej życie w świecie mało rzeczywistym….jakbym magicznymi słowami mogła zmienić szarość tego co dzieje się na co dzień…
….prawie schizofreniczne pisadła kamuflują zwyczajna miłość do niezwykle zwyczajnego człowieka… zwykły strach przed samotnością ..przed odrzuceniem… teraz powiem zwyczajnie że jestem…że czasem płaczę…że przy nim się śmieję … dużo się przy nim śmieję …że czasem nie chce mi się sprzątać a całą niedzielę spędziłam w łóżku oglądając babskie kino romantyczne….

…dziś zaprosiłam bardzo nieprzeciętne baby do mojego domu i z całą pewnością nie będziemy rozmawiać o fizyce kwantowej:))…..
ps. pewnie tez nie bedziemy piły cherbaty…

…na drogowskazie ktoś napisał

…lekcja zapominania jego miliona twarzy…melodii jego opowieści…jak nakrywanie pięknych mebli białym płótnem na długo….na nieskończoność…dźwięk postanowionego milczenia pulsuje w niemych pytaniach dlaczego…
……brzeg rzeki wydawał się taki piękny i dziki …. zbliżał się z każdym dniem niebezpiecznie zapraszając na swoje krawędzie…szłam powoli ..cierpliwie czekając na cud drugiego człowieka….woda jak tłum gapiów szumiała o nim dotrzymując mi kroku….przekrzykując się wodne języki opowiadały o końcu pragnienia…
…….zapomniałam na chwile o chłodzie… o deszczu który zagłuszył opowieści…zmył oczekiwanie z wpatrzonej w wilgoć powietrza źrenicy…szłam za cieniem który rysował się niewyraźnie przede mną…wymyśliłam sobie dłoń wyciągniętą do mnie….wymyśliłam sobie z nim jutrzejszy dzień nie przypuszczając nawet że słońce schowa się za granatem chmur zabierając go ze sobą..

..en attendant..

…ile prawdy jest w ptakach….ile jest szczerości w wietrze który zmusza nas do wiary chowając się przed naszymi oczami na zawsze….ile piękna jest w brzydocie kamienic…ile jest pytań w oczach starzejącego się ojca dorastającej córki….ile w słowach rozmowy a ile pustych dźwięków…ile jest we mnie wszystkiego po trochu by się nie poddać….by malować szeptem….

…le Vent Nous Portera..

….chłód obłokiem przedarł się kalecząc wyciągnięte dłonie.. ..szarość dała upust swemu szaleństwu malując ulice…. drzewa…mury…. stopy gotowe do odwrotu….
….leniwie opadając na kanapę szukam domu w pustym brzuchu….w migoczących fleszach przymkniętych oczu…przelany przez palce czas rysuje wzory na skórze….nie patrząc widzę jego zamknięte od uśmiechu oczy….głowę pochyloną w skupieniu…odbicie w oknie podniesionej dłoni…śmiech…czas…
…uniesie nas wiatr…….uniesie to wiatr…

nigdy więcej..

…żarzy się niebo zasłonięte szarością….myśli pocięte ludzka bezsilnością…patrzę na chylący się dzień ..niech się skończy ..niech pozwoli odpłynąć….zapomnieć o złudzeniu przynoszącym śmiech… …o naiwności w pomarszczonym starym sercu….już blisko .. już ciemno…