do niczego

…boje sie o każdy następny dzień, o każdą kolejna noc…
…a gdyby tak naprawdę zniknąć, zapaść się w nic, w nie ma, w zapomniałam, w nie bede..
..za mało mam odwagi..niestety…

dzień jednozębnych wariatów

…w kieszeni starannie złożona kartka z wyznaniem , które ma nigdy nie ujrzeć światła dziennego, w głowie jeszcze kłębek myśli o nim a na skórze jakby ślad dotyku, chciałby się cofnąć czas, wrócić do tych ciepłych oczu….
…..tymczasem jednozębni irytują głupimi pytaniami, zakłócają przyjemne rozmarzenie ….
….dziś wieczorem zamknę się z muzyką w ciepłym pokoju mojego małego ja nie czekając na żaden pocałunek….

siedem życzeń

…może faktycznie jestem żywym przykładem teorii siedmiu lat ….właśnie mijają kolejne a ja czuję ogromny niepokój, bunt, potrzebę odmiany całego mojego życia…
….miasto staje się coraz bardziej szare i smutne, najbliżsi uciekają za chlebem i spokojnym snem
…… każdego dnia słyszę słuszne narzekania rozgoryczonych …
…………zostać czy uciec do obcego świata, do obietnicy dobrobytu?…
….czy też dużymi literami powinnam namalować na koszulce wyraźny komunikat iż jestem idealna kandydatką na żonę dla bogatego Polaka, który swym wdziękiem dobrocią i portfelem zapewniającym spokojny i wygodny sen zatrzyma mnie w tym coraz bardziej smutnym i biednym bo okradzionym przez prominentów państwie??…..
…tylko gdzie ja miałabym w tej koszulce paradować ??…
….tak naprawdę to chciałabym by zatrzymała mnie miłość…

pure…

…..środek nocy wkradał się w ziewające usta, obraz na szklanym ekranie coraz bardziej niewyraźny wtedy jakby z lękiem położył mi dłoń na udzie nieśmiało poruszając palcami dał znać że jest blisko…….
……. nie widziałam jego oczu, były ukryte za ciepło brązowym oparciem fotela…dotkam delikatnie, czasem nawet nie dotykając jego opalonej skóry, moje uczucie bezszelestnie spływało z opuszków palców wprost na jego dłoń ……

nie ma to jak pierwsza klasa i kawa z Warsu…:))

…nie porozmawialiśmy , nie wydusiłam z siebie ani jednego słowa na „nasz” temat , doszłam bowiem do wniosku, że po primo i tak nic z tego nie będzie , po secundo lepiej nie zostawiać po sobie bolesnych wspomnień bo takie znajomości zawsze mogą się przydać , ach ten pragmatyzm….
….można powiedzieć że przeżyłam dwu godzinne catharsis podczas drogi powrotnej ( zaszalałam i pozwoliłam sobie na rozpustną pierwsza klasę , a tak naprawdę był środek nocy i zrobiłam to ze strachu…)…czytając „Tao Kubusia Puchatka” natknęłam się bowiem na rozdział pt. „ Entliczek Pentliczek”…(cóż za przypadek..J))… w którym to zwierzątka o małym i mniejszym rozumku wyłożyły mi kawe na ławe i kazały szczęścia najpierw poszukać w sobie zanim będę po nie jeździć setki kilometrów…. i tak oto ze łzami w oczach , uśmiechem na ustach zamknęłam piękny rozdział w wyjątkowym miejscu ….. a będzie co wspominać ….oj będzie …..

entliczek pentliczek….na NIEGO bęc

……..nie wygrałam sześciu milionów ani dziesięciu złotych nawet a bilet na pociąg kosztuje trzydzieści jeden więc sięgnąć trzeba będzie do rezerw debetowych…to życie to jednak czasami podłe jest w kwestii ekonomicznej szczególnie….
…….bije się cały czas z myślami…z nowymi uczuciami ze strachem jak zakochana nastolatka przed pierwszym wyjazdem pod namiot…nie twierdzę że to złe wręcz przeciwnie to jest piękne uczucie działające troszkę jak eliksir młodości…..
…..mam jak zwykle dwa wyjścia , pierwsze to oczywiście zostać w miejskiej dżungli rozwiązując cudze problemy bliskich mi ludzi , drugie to pójście na całość a właściwie pojechanie pociągiem o dwunastej trzynaście i zdobycie się na szczerą rozmowę bo przecież oprócz damskiej dumy nie mam nic do stracenia…..
…no i bądź człowieku mądry gdy wybór taki trudny…..

mi to lotto

…co bym zrobiła gdybym wygrała dziś sześć milionów złotych minus podatek dochodowy?.
……….pewnie w piątek pojechałabym własnym samochodem na mazury..
………tam zaprosiłabym przyjaciół na zwykły całkiem obiad i to wcale nie do zamku, tam za dużo solą……
……..zostałabym tak długo jak byłoby to możliwe, może kupiłabym tam mały domek i zimą ściągałabym niedźwiedzie ze słupów…
….malowałabym bez wyrzutów, iż marnuję drogie płótna…
…ach te marzenia….

motylkowy bumerang

…wróciłam jak zwykle z głową w chmurach, mnóstwem pomysłów na całkowitą odmianę mojego życia i złego losu…
….z cudnymi wspomnieniami, kilkoma zdjęciami i bólem głowy ….
….z motylami w żołądku i ogromnym roztargnieniem…
…a jakby tak znowu spakować gacie i w piątkowe popołudnie dotrzeć w ukochane miejsce…..
….nie, już czas pogodzić się z gasnącym słońcem….