Charlie Charlie

Czuje ciężar majonezu pochłoniętego przez mój wygłodzony żołądek w środku nocy .. i po co mi to było ??.. a jednak czasem warto poczuć smak tysiąca kalorii i uczucie sytości , nie ma jak nocna wyżerka popita wiśniową colą ..mniammniam , cud miód i orzeszki , do tego jeszcze ta seksowna chrypka , k woli wyjaśnienia gardełko nie wyzdrowiało … wczorajszy wieczór spędzony cudnie na mieście w niekoniecznie zimowej kurtce ( za to pasowała do reszty idealnie J)) nie pomógł na pewno…
Dużo moich myśli cały czas krąży wokół Owca i postanowiłam nazwać go jakoś inaczej .. mogłabym ogłosić konkurs albo nazwać go np. Charlie – troszkę zabawne, troszkę smutne , podoba mi się , więc od dziś będę opowiadać o Charlim, mam bowiem nadzieje że będzie o czym opowiadać J..

monday

nieudana, nieprzespana noc i uporczywy kaszel to krótki bilans tego poranka.. jeszcze moje postanowienie o niepaleniu mimo iż bardzo szczere to prawdopodobnie spowodowane faktem iż gardło przeraźliwie boli i nie znosi w tej chwili dymu…
..
coraz bardziej dziwne i niezrozumiałe dla mnie relacje z Owcem dają mi się we znaki.. staram sie cieszyć jego obecnością nie zadając pytań, tam samym zaskakuje samą siebie stoickim spokojem.. tylko powstaje pytanie „na jak długo?? I kiedy ten niepokój zaowocuje ??” a z całą pewnością tak się stanie..
..
..praca dziś wyjątkowo mnie drażni… nigdy nie lubiłam poniedziałków i jak wdać nie zamierzam w tej kwestii nic zmieniać..
mętlik w głowie , jeszcze to przeziębienie, zatkany nos i niewyspanie, po prostu pięknie…
..
- do lepszego popołudnia mam nadzieję !

w duszy gra…

…….
chciał żebym poznała to co go tak pochłania..
zabrał mnie do nieco mrocznego i chłodnego piwnicznego studia.. nie byliśmy sami, był jeszcze saksofon, gitara , mnóstwo kabli , dwie zdezelowane kanapy i jego ukochane pianino…
… muzyka wypełniła niezwykłym ciepłem zimną przestrzeń, płynęła jakby zawieszona między ziemią i nierzeczywistością..
nie dotknięta czasem, wolna..
słuchałam szpileczek akordów, uderzeń w klawisze.. szeptu powietrza z wnętrza saksofonu…
…zobaczyłam i usłyszałam pasję, na jego twarzy było wszystko..całe to piękno
..ogrzaliśmy sie sobą i kochaliśmy jak nigdy dotąd….

***

tak , też mam dosyc siebie i mojego ciągłego użalania sie nad losem mądrej ,zdrowej, młodej pracującej kobiety jaką zdaje sie jestem tylko dlatego że miłość nie zamieszkała jeszcze w moim domu na stałe , wprawdzie wynajmowała tam ostatnio pokój ale koszty ją przerosły i wyprowadziała sie do innego ….bo to widocznie nie ta była co powinna , może jest tak że czasem trzeba kochać bardziej siebie..
…przecież dziś jest pierwszy dzień z reszty mojego życia…

cynamon..

lubię moje usta rano od snu nabrzmiałe i oczy lekko zaspane , wówczas troche jak nie ja ciesze sie z malutkiej porannej metamorfozy i zaczynam wierzyć że namaluje jeszcze kiedyś piękne twarze i portret mego anioła , tak jak mu to obiecałam…
zaczynać życie od 7 rano jakby nigdy nie było wczorajszego wieczoru.. wyciągnąć wnioski, unieść głowę , zdobyć sie na uśmiech …
czekać na skrzydlatą przyjaciółkę, która jak nikt rozumie moje spojrzenie..
urlop już niedługo.. zatopie sie w kolorach i zapachu cynamonu, bede spać do znudzenia i czytać babskie książki..

..wczoraj zadzwonił, rozłączyłam sie po 3 sekundach, zadzwonił znowu.. dziś wieczorem sie spotkamy..

…bang, bang

świadomie dokonuje weryfikacji, analizy , porządkuje przeszłość, czuje na sobie ciężar wieku i doświadczeń które czas przemyśleć i odpowiednio wykorzystać..
może to brzmi troszke złowieszczo i mrocznie ale staram sie podsumować siebie tak jakbym miała sie niedługo skończyć..
mam dziwne i dotąd nieznane mi uczucie że nie tylko ja ale i ci których znam , którzy patrzą na mnie i słuchają widzą inną osobę..
jest mi dziś smutno, bardzo smutno .. zatapiam sie w tym jak w ruchomych piaskach i każda próba wydostania sie kończy sie pogrążeniem sie głębiej..
trudno mi nawet o tym pisać.. dostałam kolejny policzek ..

I saw it coming, I saw emptiness and tragedy I felt like running, so far away, but I knew I had to stay.
I know when I’m older, I’ll look back and I’ll still feel the pain but I know I’ll be stronger and I know I’ll be fine for the rest of my days.
I’ve seen Better Days,
Put my face in my hands
Get down on my knees and I pray to god
Hope he sees me through to the end.
………………….”

bałagann..

czuje na sobie zmartwione spojrzenia, wiem nie wyglądam najlepiej, nie jestem już umalowana szczęściem a ta śliczna różowa szminka gdzieś się zapodziała i przez to usta blade i przygryzione od niepokoju nie kuszą już jak dawniej, oczy nie śmieją się choć to właśnie one wyryły mój obraz w głowie pewnego tęskniącego anglika ..

wczorajsza zielona herbata na parterze mojego domu zmusiła do wniosków i tak oto wypowiedziane stały sie jaśniejsze i bardziej zrozumiałe.. a parząca herbatę przyjaciółka z innej bajki okazała sie mądra.. i w prostych słowach ujęła mój niepokój mimo iż ja nie potrafiłam.. po tylu latach zobaczyłam ją inną, bliższą… gdy otworzyłam przed nią drzwi powiedziała „..Wiem, coś jest nie tak ..czuje to , więc czas pogadać..” ..pogadałyśmy ..wiele zrozumiałam ale nadal tyle pytań bez odpowiedzi…

Waham sie, myśli bez przerwy krążą wokół jego uśmiechu i zaspanych oczu… to zadziwiające jak długo można czuć na sobie dotyk.. podążać za dłonią wplecioną w moje włosy.. badającą każdy zakamarek ciepłej od oddechu szyi .. inni i tacy sami.. inni z natury a tacy sami bo nawet stopy w uścisku pasują do siebie jak perfekcyjna układanka… cudnie zgodni bo nie potrafiący odczuwać bez siebie i skłóceni ze świadomością że im nie wolno…
…szczęście ma dziś dla mnie tylko jedno imie…

LaSombraDelViento

zmieniłam szablonik .. ten bardzo mi sie kojarzy z „Cieniem wiatru”, dlaczego , nie wiem ale jest jakoś przytulniej ..wracam często myślami do tej książki .. czułam jakby na jej kartkach była jakaś szczególna tajemnica specjalnie dla mnie.. jak gdybym była jej jedynem czytelnikiem ..
wróce do domu wcześniej .. zakopie sie w sypialni i wróce dziś do tej magji..
Nie rezygnuj z marzeń(…) Nigdy nie wiesz, kiedy okażą się potrzebne”.

tjjjjaaa..

samopoczucie godne „leaving las vegas„…ogromny kac i same autodestrukcyjne myśli.. sok pomidorowy i litr coli…
szybko dałam sie namówić i od początku wiedziałam ze dziś bedzie syndrom dnia następnego..nie wiem czy mozna to w ogóle rozpatrywać w kategoriach warto/niewarto….ale tak – to on mnie namówił i „studził” na balkonie moje rozkołatane serducho..czułam sie przy nim bezpieczna..
a dziś boje sie zmienić żarówkę…bo przeciez nigdy nic nie wiadomo..